piątek, 17 maja 2013

Katowicka „Czerwona wdowy”

W katowickim więzieniu, mieszczącym się przy ulicy Mikołowskiej, czynna była gilotyna, na której wykonywano wyroki śmierci. Katowicka gilotyna budziła grozę nie tylko ludności Śląska i Zagłębia, ale też katów, którzy ją obsługiwali. Obsługujący ją kat August Koestner popełnił samobójstwo. Była jedyna na terenie okupowanej Polski, bezustannie spływała krwią. Powojenna historia tej machiny do ścinania głów jest równie ponura.

Ale początkowo skazańców z Górnego i Cieszyńskiego Śląska, z Zagłębia Dąbrowskiego wysyłano do Wrocławia. Jednak wyroków było tak dużo, że bardziej opłacało się sprowadzić urządzenie do katowickiego więzienia. Gilotyna stanęła tu w osobnym parterowym budynku z czerwonej cegły, który przylegał do gmachu więzienia. Po wojnie komorę wyburzono, zachowały się jednak relacje świadków o tym, że całe jej wnętrze było wyłożone białymi kaflami, a "Czerwoną wdowę" zasłaniała czarna płachta. Tak właśnie, nie bez powodu - nazywano gilotynę z katowickiego więzienia przy ul. Mikołowskiej. Była skąpana we krwi. Od 9 października 1941 do 22 stycznia 1945 roku w Katowicach ścięto 552 osoby. Machina działała jeszcze na kilka dni przed wejściem do miasta Rosjan. Stracono wtedy pośpiesznie, ale zgodnie z planem siedmiu więźniów z Piekar, Siemianowic, Knurowa, Orzesza i Rudy Śląskiej. Dopiero potem gilotynę próbowano ukryć. Nie wiadomo dokładnie, kim były wszystkie ofiary gilotyny. Hitlerowcy spalili większość szczegółowej dokumentacji, ale w katowickim Urzędzie Stanu Cywilnego pozostały spisy zamordowanych. Czasem niejasne, wiadomo jednak, że ścięto księdza Jana Machę, publicystę Pawła Musioła - dowódcę ruchu oporu w Cieszyńskiem, Karola Kornasa - działacza harcerskiego i jednego z najlepszych szefów śląskiego ruchu oporu. Ginęły też kobiety. Podczas pierwszej egzekucji na gilotynie stracił życie 32-letni Józef Myrczek, murarz z Czechowic. Ale drugą ofiarą była 31-letnia Rozalia Drewniak, odważna góralka z Żywca. Oprócz niej ścięto jeszcze 53 kobiety. Tracono w ten sposób również młodzież, niemal dzieci. Nóż katowickiej gilotyny odciął głowy 13 chłopcom w wieku do 19 lat. Zygmunt Walter-Janke, ostatni komendant śląskiej AK, dobrze wiedział, co czuli skazańcy. W swoich wspomnieniach przekazał relacje świadków: "Atmosfera grozy i lęku dochodziła szczytu co noc między godz. 22 i 24.00. W tym czasie wyprowadzano skazańców na egzekucję. Odbierano im ubranie, dając w zamian papierową koszulę. Przed egzekucją skazańca strzyżono i wygalano mu szyję. Zakutego w kajdany wprowadzano do izby straceń." Konstanty Ostrowski jako jeden z autorów zbiorowego opracowania „Więzienia hitlerowskie na Śląsku, w Zagłębiu Dąbrowskim i w Częstochowie 1939-1945” (Katowice 1983) w swoim opracowaniu o więzieniu katowickim napisał: „W przedsionku straceń oczekiwali na skazańców: prokurator (…) oraz lekarz. Prokurator dla formalności zapytywał skazanego, czy ma coś do powiedzenia. Najczęściej padała odpowiedź: „Nie!” lub „Jestem niewinny”. Teraz już tylko czarna zasłona oddzielała więźnia od oprawców, a prokurator bezbarwnym głosem odczytywał formułę odrzucenia prośby o ułaskawienie i kończył słowami: „Ich übergebe Się dem Scharfrichter!” – Oddaję pana w ręce kata! Wtedy błyskawicznie rozsuwała się czarna kotara i w okamgnieniu pochwytywały ofiarę ręce pomocników kata, zwalały ją na pomost gilotyny, a głowa znikała w zacisku „oczka”. Ciało obezwładniano sznurami, przywiązując je do pomostu (…). Na dany znak kat szarpał za rączkę spustu i ostrze topora gilotyny spadało na kark skazańca z wysokości ponad dwóch metrów”. Ciała ściętych w Katowicach przywożono do krematoriów w KL Auschwitz i tam spalano. Hitlerowcy uciekając z Katowic pod koniec stycznia 1945 r. nie chcieli jej ani zabrać do Rzeszy, ani zostawić na miejscu. Pogrzebali ją nocą tam, gdzie nikt nie miał szukać - na cmentarzu w Katowicach Bogucicach. Dokumenty zniszczyli. Odkopali ją potajemnie mieszkańcy. Ochronili jako dowód zbrodni. Wielka szkoda, że nie znamy ich nazwisk. Może są jeszcze ludzie, którzy pamiętają coś z tamtej sprawy. Gilotyna po odnalezieniu w Bogucicach przez kilka lat stała na strychu budynku Wojewódzkiej Komendy Milicji Obywatelskiej w Katowicach. Nikt się nią nie interesował, w końcu jednak odkrył ją przedstawiciel ówczesnej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce. Prokurator usłyszał dziwne opowieści o "Czerwonej wdowie" na poddaszu komendy. Władze przekazały ją do Auschwitz. Tam utknęła w magazynie i niemal została zapomniana. 
 Fragment widoku ogólnego miasta z widocznym budynkiem Więzienia na  ulicy Mikołowskiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz